Czyli walka o miedzę w wieku XXI.
Przed ponad 10. laty wzdłuż płotu posadzone zostały sadzonki 3 letnich modrzewi. Jeden metr od linii płotu. I sobie rosły. Rosły. Stały się przepiękną ścianą zieleni. Przy wietrze szumiały jak w środku lasu, wiosną radowały jasną, świecącą zielenią i czarowały różowymi szyszkami. Zimą z gałązki na gałązkę skakało co najmniej 5 gatunków sikorek. Od maleńkiej norweskiej do polskiej bogatki i jeszcze z setka wróbli. Pod nimi (zaanektowały zresztą całą parcelę) dzikie bażanty. Najpierw tata bażant, a teraz już dodatkowo 3 kurki i jeden samczyk (syn pewnie) z przepięknym ogonem. Nie można też zapomnieć o pewnej sferze prywatności dzięki tej zielonej ścianie.
W roku 2007/8 zaczęły najpierw dzwonić telefony, potem pisma, by te modrzewie i kilka brzóz oraz polskich wierzb wyciąć. Powód? Ba! Igły z modrzewi niszczą trawnik za płotem! A dokładniej przysypują korę wokół iglaków (zresztą intruzów w polskiej przyrodzie). A wiatr niesie igły „nawet do salonu”.
I teraz uwaga! Sąsiedzi zamówili sobie firmę „do rekultywacji trawnika” i kwotą za usługę postanowili obciążyć tych zza płotu, od modrzewi.
Wszystko skończyło się w sądzie, dwoma rozprawami (luty 2010 i luty 2011) i uznaniem żądań za niezasadne.
Modrzewie więc na szczęście mogą rosnąć dalej (dodajmy, że ani jedna gałązka nie przerasta linii płotu), sikorki mogą hasać, bażanty wędrować, grzyby rosnąć. Wiatr też może szumieć w gałęziach.
Tylko dlaczego już tak obciążone polskie sądy muszą się zajmować tak wydawałoby się prostymi w osądzie sprawami?
Brygida Kaczmarczyk
PS
To nie historia z antypodów, ale z dzielnicy Maciejów.